Tak o swojej córeczce powiedziała ostatnio koleżanka z pracy. Mała zamiast Psiego Patrolu wybiera klasyczne książki, stare, piękne tytuły, po które wielu z nas sięga dopiero jako dorośli. Uśmiechnęłam się wtedy, ale to określenie zostało ze mną na znacznie dłużej, niż się spodziewałam. Przez cały dzień wracało do mnie w różnych momentach, aż w końcu pomyślałam, że może właśnie znalazłam słowa, którymi mogłabym opisać także siebie.
Mam 38 lat i pracuję w marketingu. Od ośmiu lat prowadzę własną firmę, jestem założycielką butikowej agencji marketingowej LIMON, a na co dzień zajmuję się przede wszystkim marketingiem, sprzedażą, kontaktami z klientami i tym wszystkim, co dzieje się pomiędzy dobrym pomysłem a jego rzeczywistym wdrożeniem. Pracuję w branży, która żyje szybko i właściwie nieustannie się zmienia. Algorytmy zmieniają się szybciej, niż zdążymy się do nich przyzwyczaić, trendy potrafią pojawić się rano i zniknąć wieczorem, a format, który jeszcze kilka miesięcy temu wydawał się świeży, dzisiaj może już wyglądać jak relikt internetu.
Na co dzień bardzo dobrze czuję się w tym świecie. Naprawdę. Nie jestem osobą, która z nostalgią wspomina czasy, kiedy marketing robiło się bez social mediów i kiedy największą rewolucją była dobrze zaprojektowana ulotka. Lubię nowe technologie, lubię się uczyć i właściwie każda kolejna rzecz, która może usprawnić moją pracę, natychmiast wzbudza moje zainteresowanie. Uczę się online, słucham, sprawdzam, testuję i lubię mieć poczucie, że nie stoję w miejscu. Moje zawodowe narzędzia to dzisiaj kalendarz w telefonie, Trello, Canva, CapCut, Excel, dziesiątki programów, platform i narzędzi do komunikacji, analityki czy organizacji pracy, a coraz częściej także narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję. Jestem ich użytkowniczką, a nie przeciwniczką. Uważam, że potrafią zrobić dla nas naprawdę dużo dobrego, jeśli tylko pamiętamy, że mają być narzędziem, a nie zastępować nasze myślenie.
I może właśnie dlatego trochę bawi mnie fakt, że po całym dniu spędzonym w tym cyfrowym świecie nadal najbardziej lubię usiąść z kartką papieru i długopisem.
W mojej torebce zawsze znajdzie się kilka ulubionych długopisów oraz niewielki zeszyt, który nazywam swoim kryzysowym zeszytem na pomysły. Trafiają do niego rzeczy, które pojawiają się zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie: zdanie zasłyszane podczas rozmowy z klientem, pomysł na kampanię, nazwa, która nagle przychodzi mi do głowy podczas spaceru, fragment tekstu, który chciałabym kiedyś wykorzystać, albo myśl, której jeszcze nie potrafię dobrze sformułować, ale czuję, że nie powinnam jej zgubić. Czasami zapisuję kilka stron, a czasami tylko jedno słowo, które dla kogoś innego nie miałoby żadnego znaczenia, a dla mnie jest początkiem całej historii. I choć mogłabym przecież zanotować wszystko w telefonie, wysłać sobie wiadomość albo stworzyć kolejną notatkę w jednej z aplikacji, nadal zdecydowanie częściej sięgam po papier.
Mam wrażenie, że nic tak dobrze nie rozkręca kreatywności jak kartka i długopis. Na papierze pozwalam sobie myśleć trochę inaczej niż przed ekranem, bo nie muszę od razu wiedzieć, dokąd zmierzam. Mogę zapisać jedno zdanie, potem je przekreślić, dopisać coś obok, połączyć dwie rzeczy strzałką, wrócić do pierwszej myśli po kilku minutach i nagle zobaczyć w niej coś zupełnie nowego. Nie muszę tego od razu porządkować, formatować ani sprawiać, żeby wyglądało dobrze. Kartka nie wymaga ode mnie gotowego rozwiązania. Daje mi przestrzeń, żeby dopiero do niego dojść.
Może właśnie dlatego, im więcej mamy narzędzi, tym bardziej potrzebujemy czasem rzeczy, które nie robią absolutnie nic poza tym, że pozwalają nam myśleć.
Lubię rzeczy, które zostają
Mam też ogromną słabość do książek. I chyba mogę powiedzieć, że książki na mojej półce są dla mnie droższe niż torebki w mojej szafie, chociaż przyznaję, że torebki również bardzo lubię i mam swoją ulubioną polską projektantkę, której rzeczy potrafią skutecznie przekonać mnie, że kolejna piękna torba jest jednak absolutnie niezbędna. Z książkami jest jednak inaczej. Torebkę mogę kupić dlatego, że podoba mi się jej forma, kolor czy sposób, w jaki została wykonana. Książkę kupuję z myślą, że być może coś we mnie zmieni, czegoś mnie nauczy albo przynajmniej zostawi po sobie jedną myśl, do której będę wracać.
Lubię książki, które można postawić na półce i które po przeczytaniu nadal są częścią domu. Lubię patrzeć na grzbiety książek i przypominać sobie, kiedy po nie sięgałam, co wtedy działo się w moim życiu i dlaczego akurat ta historia albo ten autor byli mi w tamtym momencie potrzebni. Niektóre książki przeczytałam kilka razy, do innych wracam tylko po kilka stron, a jeszcze inne stoją cierpliwie na półce i czekają na swój moment. I chyba właśnie to jest w nich piękne — książka nie domaga się natychmiastowej reakcji. Nie wyskakuje mi z powiadomieniem, że właśnie ktoś opublikował nowy rozdział. Nie pyta, dlaczego od trzech dni jej nie otwieram. Po prostu jest.
Nadal czytam również książki biznesowe i marketingowe, mimo że większość branżowych trendów mogę dzisiaj obserwować na Instagramie i TikToku. To może wydawać się trochę staroświeckie, szczególnie w marketingu, gdzie wiedza potrafi zdezaktualizować się naprawdę szybko, ale jest jedna rzecz, której nauczyło mnie prowadzenie firmy: czym innym jest wiedzieć, co aktualnie działa, a czym innym rozumieć, dlaczego coś działa.
Trend mogę zobaczyć w kilka sekund. Mogę przeanalizować popularny format, zobaczyć, jakie rolki zdobywają zasięgi, sprawdzić, jak komunikują się marki, które akurat są na fali, i wyciągnąć z tego wnioski dla swoich klientów. To część mojej pracy i bardzo ją lubię. Ale czasami chcę również przeczytać kilkaset stron czyichś doświadczeń, przemyśleń, badań i obserwacji, bo właśnie tam znajduję rzeczy, które zostają ze mną na dłużej. Trend mówi mi, co ludzie robią dzisiaj. Dobra książka potrafi zmusić mnie do zastanowienia się, dlaczego ludzie w ogóle robią to, co robią.
A dla osoby zajmującej się komunikacją to różnica fundamentalna.
Papierowe magazyny i moje małe rytuały
Z magazynami mam natomiast relację, której chyba nie potrafiłabym już do końca racjonalnie wytłumaczyć. Przecież doskonale wiem, że niemal wszystko, co znajduje się w papierowym wydaniu, mogę znaleźć również w internecie. Mogę zobaczyć sesję zdjęciową, przeczytać wywiad, obejrzeć kolekcję, sprawdzić najnowszą kampanię i przejść do kolejnego materiału jednym przesunięciem palca. Mogę zrobić to szybciej, wygodniej i prawdopodobnie za darmo.
Tylko że czasami wcale nie chcę szybciej.
Lubię kupić magazyn, zrobić kawę i po prostu usiąść. Lubię przewracać strony bez konkretnego celu, zatrzymać się przy zdjęciu, przeczytać tekst, wrócić do poprzedniej strony, zauważyć sposób, w jaki zestawiono fotografię z typografią, a czasami przeczytać coś zupełnie przypadkowego, czego w internecie prawdopodobnie nigdy bym nie wyszukała. W świecie, w którym algorytm bardzo dokładnie wie, co może mi się spodobać, lubię od czasu do czasu dać się zaskoczyć.
Szczególnie mocno kocham „Harper’s Bazaar”. Jest dla mnie mistrzem artystycznych sesji zdjęciowych i jednym z tych magazynów, przy których przypominam sobie, że fotografia może być czymś więcej niż kolejnym ładnym obrazkiem w internecie. Niektóre sesje oglądam online i myślę: piękne. Ale kiedy widzę je wydrukowane na dobrym papierze, dzieje się ze mną coś zupełnie innego. Może to sentymentalne, może trochę irracjonalne, ale nic nie rozkręca mi motyli w brzuchu tak jak doskonały papier magazynu, dobrze zrobiona sesja, piękna typografia i możliwość zatrzymania strony na dłużej.


Internet daje nam dostęp do niemal wszystkiego. Papier przypomina mi, że nie wszystko muszę konsumować.
Czasami mogę po prostu patrzeć.
Czy naprawdę trzeba być wszędzie?
Myślę, że właśnie tutaj zaczyna się moja coraz większa fascynacja dłuższą formą. Pracując w marketingu, doskonale wiem, jak trudno jest dzisiaj zdobyć uwagę. Wiem, jak ważne są pierwsze sekundy rolki, dobry początek tekstu, właściwy nagłówek, atrakcyjny obraz i format dopasowany do platformy. Wiem, że użytkownik scrolluje szybko i że jeśli nie zainteresujemy go wystarczająco mocno, prawdopodobnie nigdy nie dowie się, co chcieliśmy mu powiedzieć.
Sama przecież pomagam markom budować komunikację, która ma właśnie tę uwagę zdobywać.
A jednak im dłużej jestem w tej branży, tym częściej zastanawiam się, co dzieje się później.
Co zostaje, kiedy rolka się kończy?
Co sprawia, że ktoś przechodzi na stronę internetową, zamiast przesunąć palcem dalej? Co sprawia, że zaczyna czytać? Dlaczego wraca? Dlaczego zapisuje kontakt? Dlaczego zaczyna obserwować konkretną osobę, ufa jej, a w końcu decyduje się kupić jej usługę albo produkt?
I chyba właśnie dlatego coraz bardziej interesuje mnie marketing, który nie kończy się na zdobyciu uwagi.
Bo uwaga to dopiero początek relacji.
Możemy zrobić najpiękniejszą rolkę, ale jeśli po wejściu na stronę klient nie znajdzie tam żadnej historii, charakteru, wartości ani odpowiedzi na pytanie, dlaczego właściwie miałby nam zaufać, cały ten zasięg może okazać się bardzo krótkim epizodem. Możemy mieć świetnie zaprojektowany profil, ale jeśli wszystkie publikowane treści brzmią tak samo jak treści setek innych osób z naszej branży, trudno zbudować wokół nich prawdziwą markę.
I właśnie dlatego coraz bardziej wierzę w komunikację, która ma własny język, własne zdanie i odwagę, żeby czasami powiedzieć: „nie”.
Nie wszystko, co działa u innych, musi działać u nas. Nie każda moda jest dla każdej marki. Nie każdy trend trzeba natychmiast kopiować, tylko dlatego, że pojawił się na naszym ekranie dziesięć razy w ciągu jednego dnia. Dobra strategia marketingowa nie polega przecież na tym, żeby robić wszystko, co robią inni. Polega na tym, żeby wiedzieć, co warto zrobić, co można odpuścić i przede wszystkim dlaczego.
Nowa strona, nowy rozdział
Może właśnie dlatego zaczynam pisać bloga.
Trochę na przekór.
W czasach, w których wszystko ma trwać piętnaście sekund, chcę mieć miejsce na dłuższą myśl. Nie chcę, żeby każda moja refleksja musiała zmieścić się w rolce, karuzeli albo krótkim poście. Nie chcę też udawać, że każdą rzecz da się opowiedzieć w pięciu punktach, trzech krokach i jednym chwytliwym zdaniu.
Oczywiście, nadal będę robić rolki. Nadal będę obserwować Instagram i TikToka, analizować trendy, testować nowe formaty i zastanawiać się, jak wykorzystać kolejne narzędzia w pracy. Nadal będę siedzieć nad strategiami marketingowymi, rozmawiać z klientami, planować kampanie i patrzeć w statystyki. Nie zamierzam uciekać z internetu tylko dlatego, że zaczęłam bardziej doceniać papier.
Chcę po prostu mieć jedno i drugie.
Chcę korzystać z tego, co daje mi współczesny świat, bez rezygnowania z rzeczy, które od zawsze sprawiały mi przyjemność.
Dlatego powstała moja nowa strona internetowa — magdalelicka.pl.
Jest trochę miejscem dla mojej marki osobistej, trochę wizytówką tego, czym zajmuję się zawodowo, a trochę przestrzenią, w której będę mogła pisać rzeczy, na które w social mediach zwyczajnie nie ma miejsca. O marketingu, komunikacji, marce osobistej, biznesie i pracy z klientami, ale również o książkach, magazynach, stylu, inspiracjach, zmianach i tym wszystkim, co dzieje się pomiędzy życiem zawodowym a tym zwyczajnym, codziennym.
Stronę zrobił dla mnie Mąż w @agencjalimon, z ogromną cierpliwością do moich kolejnych „a może jednak inaczej?”, „a możemy jeszcze to przesunąć?” i „właściwie to chyba zmieniłabym jeszcze jedną rzecz”. Praca nad własną stroną okazała się zresztą świetną lekcją pokory, bo kiedy na co dzień zajmujesz się marketingiem innych firm, bardzo łatwo jest mieć mnóstwo dobrych rad. Kiedy przychodzi do własnej marki, nagle okazuje się, że najtrudniejsze pytania brzmią zupełnie inaczej: kim właściwie jestem jako marka, co chcę powiedzieć i co powinno zostać w głowie osoby, która właśnie weszła na moją stronę?
To są pytania, które będę sobie jeszcze zadawać.
I chyba dobrze.
38 lat i coraz mniej potrzeby, żeby wszystkim coś udowadniać
Mam 38 lat i mam poczucie, że jestem w ciekawym momencie swojego życia. Z jednej strony mam już za sobą kawałek drogi zawodowej, osiem lat prowadzenia własnego biznesu, setki rozmów z klientami, decyzje, które okazały się świetne, i takie, które dzisiaj podjęłabym zupełnie inaczej. Mam doświadczenie, którego nie da się zdobyć podczas żadnego kursu, bo część rzeczy można zrozumieć dopiero wtedy, kiedy naprawdę ponosi się za nie odpowiedzialność.
Z drugiej strony mam przed sobą zupełnie nowy etap życia, który za kilka miesięcy przyniesie ogromną zmianę i nową rolę. I chyba po raz pierwszy od dawna nie mam ochoty traktować tej zmiany jak czegoś, co trzeba „jakoś pogodzić” z resztą mojego życia. Coraz bardziej podoba mi się myśl, że nie muszę wybierać pomiędzy byciem kobietą, przedsiębiorczynią, mamą, osobą, która chce dobrze wyglądać, czytać, rozwijać się, mieć swoje pasje i nadal być ciekawa świata.
Może właśnie dlatego tak bardzo lubię teraz słowo „wybór”.
Nie muszę być wszędzie. Nie muszę znać każdego trendu. Nie muszę mieć opinii na każdy temat. Nie muszę kopiować sposobu komunikacji innych osób tylko dlatego, że ich konto dobrze rośnie. Nie muszę też udawać, że wszystko przychodzi mi łatwo.
Mogę wybrać to, co jest moje.
Mogę nadal korzystać z AI, a jednocześnie pisać długopisem w zeszycie. Mogę rano sprawdzać TikToka, a wieczorem czytać książkę, która ma trzydzieści lat. Mogę pracować nad strategią marki przez kilka godzin, a później kupić papierowy magazyn tylko dlatego, że spodobała mi się jego okładka. Mogę kochać nowoczesny marketing i jednocześnie mieć ogromny sentyment do rzeczy, które nie mają żadnego algorytmu.

I chyba właśnie to jest moja definicja „starej duszy”.
Nie chodzi o to, że nie lubię nowego świata.
Ja po prostu nie chcę, żeby nowy świat odebrał mi rzeczy, które kocham w starym.
Chcę tutaj pisać trochę dłużej
Ten blog będzie więc miejscem trochę pomiędzy.
Pomiędzy marketingiem a życiem, biznesem a codziennością, ekranem a papierem, strategią a intuicją. Będę tu pisać o marce osobistej, komunikacji, marketingu, sprzedaży i prowadzeniu firmy, ale również o książkach, magazynach, stylu, rzeczach, które mnie inspirują, i tych, które kompletnie mnie nie przekonują. Chcę pokazywać trochę więcej kulis mojej pracy w agencji, bo za każdą strategią, ofertą czy kampanią stoją przecież konkretne decyzje, rozmowy, doświadczenia i ludzie, a tego nie zawsze widać na gotowym Instagramie.
Chcę też pisać o kobiecości, macierzyństwie, zmianach i wchodzeniu w kolejną dekadę życia. O tym, jak zmienia się człowiek, kiedy przestaje mieć potrzebę ciągłego udowadniania, że sobie poradzi, a zaczyna zadawać sobie znacznie ciekawsze pytanie: czy to, co robię, naprawdę jest jeszcze moje?
Mam poczucie, że właśnie przed takim pytaniem stoję.
I bardzo mi się ono podoba.
Bo może czterdziestka wcale nie musi być momentem podsumowania. Może być momentem, w którym zaczynamy wybierać bardziej świadomie. Zdrowie, wygląd, sposób ubierania się, relacje, pracę, sposób prowadzenia biznesu, a nawet rzeczy, które robimy tylko dla własnej przyjemności. Chciałabym w kolejnych latach znaleźć również nowe pasje i sprawdzić, w czym jeszcze jestem dobra, poza tym, co robię zawodowo od wielu lat.
I chciałabym pokazać, że pojawienie się dziecka nie musi oznaczać końca tej części mnie.
Wręcz przeciwnie.
Być może dopiero teraz zaczynam ją naprawdę poznawać.
Więc tak, chyba jestem trochę starą duszą.
Lubię papierowe książki, magazyny, dobre zdjęcia, długopisy i długie rozmowy. Lubię rzeczy, które mają fakturę, historię i zostają ze mną trochę dłużej niż jedno przesunięcie palcem po ekranie. Ale jednocześnie lubię technologię, uczę się nowych rzeczy, korzystam z narzędzi AI i fascynuje mnie to, jak bardzo zmienił się sposób, w jaki możemy dzisiaj pracować i budować biznes.
I może wcale nie trzeba wybierać pomiędzy jednym a drugim.
Może można być trochę analogową i bardzo cyfrową jednocześnie. Można kochać papier i pracować z AI. Można czytać książki o marketingu i jednocześnie śledzić TikToka. Można prowadzić firmę, budować markę osobistą, rozwijać się zawodowo, zostać mamą, interesować się modą, szukać nowej pasji i nadal znaleźć wieczorem godzinę na książkę.
Może dorosłość właśnie na tym polega — nie na tym, że wybieramy jedną wersję siebie, ale na tym, że wreszcie pozwalamy sobie być kilkoma osobami naraz.
Dlatego zostawiam tutaj ten pierwszy tekst.
Trochę o książkach. Trochę o marketingu. Trochę o papierze. Trochę o algorytmach. I całkiem sporo o mnie.
Witaj na moim blogu.
Zrób sobie kawę, jeśli masz ochotę. Usiądź wygodnie. I zostań na trochę dłużej.
Bo w świecie, w którym niemal wszystko można przewinąć, ja mam ochotę stworzyć miejsce, którego nie trzeba czytać szybko.




