Jest taki moment w życiu, kiedy człowiek przestaje zastanawiać się, czy powinien coś powiedzieć, i po prostu czuje, że nadszedł właściwy czas. Od kilku miesięcy noszę w sobie bardzo dużo myśli związanych z tym, co dzieje się teraz w moim życiu, ale dopiero niedawno poczułam, że zaczynają układać się w jedną całość. Jestem w ciąży, za kilka miesięcy zostanę mamą, a jednocześnie po raz pierwszy od dawna mam w sobie niezwykły spokój związany z tym, co przede mną.

Czuję się naprawdę dobrze. Jestem spokojna, szczęśliwa i chyba pierwszy raz od dawna mam w sobie tak dużo pewności, że dokładnie wiem, czego chcę i na jakich zasadach chcę żyć. Nie mam już potrzeby udowadniania sobie ani innym, że poradzę sobie ze wszystkim. Nie mam też potrzeby budowania swojego życia według jednego, z góry ustalonego scenariusza, w którym pojawienie się dziecka oznacza zamknięcie jednego rozdziału i całkowite rozpoczęcie kolejnego.

Mam wrażenie, że moje życie nigdy nie było zbudowane z osobnych pudełek, które można po kolei zamykać i otwierać. Jest w nim praca, firma, mąż, przyjaciele, plany, ambicje, zainteresowania, odpoczynek, potrzeba rozwoju i za chwilę będzie w nim również dziecko. Nie chcę żadnej z tych rzeczy wyrzucać tylko dlatego, że pojawi się kolejna, bardzo ważna.

I chyba właśnie dlatego tak dużo myślę ostatnio o swojej firmie.

Nie o samej ciąży, ale o tym, jak bardzo zmieniło się moje podejście do pracy, biznesu i własnej marki przez ostatnie kilka lat.

Kiedy moja marka osobista przestała mi wystarczać

Pamiętam moment, w którym podjęłam decyzję o stworzeniu LIMON dużo lepiej, niż mogłoby się wydawać. To nie był jeden dzień, jedna rozmowa czy jeden konkretny problem, po którym pomyślałam: dobrze, od jutra zakładam agencję. Ta decyzja dojrzewała we mnie przez dłuższy czas i była związana z wieloma rzeczami, o których pewnie jeszcze kiedyś napiszę, bo sama historia przejścia od pracy pod własnym nazwiskiem do budowania agencji jest na tyle ciekawa, że zdecydowanie zasługuje na osobny tekst.

Był jednak jeden bardzo konkretny moment, który pamiętam do dziś. Po prostu doszłam do sufitu.

Przez długi czas moja marka osobista była jednocześnie moim biznesem. Klient przychodził do mnie, kupował moją wiedzę, doświadczenie i czas, a ja byłam odpowiedzialna właściwie za wszystko. Sprzedaż, kontakt, strategię, realizację, poprawki, telefony, maile, spotkania, terminy, a czasami również za rzeczy, które z marketingiem nie miały już absolutnie nic wspólnego.

To było naturalne na początku. Kiedy zaczynasz działalność, trudno wyobrazić sobie, że można od razu zbudować zespół, procesy i organizację, która będzie działała bez Twojego ciągłego udziału. Najpierw musisz mieć klientów, potem musisz nauczyć się ich obsługi, później zaczynasz zatrudniać ludzi, delegować, tworzyć procedury i podejmować decyzje trochę inaczej niż wtedy, kiedy za wszystko odpowiadałaś wyłącznie Ty.

Tylko że w pewnym momencie dotarło do mnie, że mogę być jeszcze bardziej pracowita, mogę lepiej organizować swój kalendarz, mogę nauczyć się kolejnych narzędzi do zarządzania czasem, mogę wstawać wcześniej i pracować dłużej, ale pewnego ograniczenia nie przeskoczę.

Nie da się sprzedać więcej własnego czasu, niż się go posiada.

I to był dla mnie bardzo ważny moment. Zrozumiałam, że jeśli chcę rozwijać biznes, nie mogę bez końca rozwijać tylko siebie jako wykonawcy. Muszę zacząć budować firmę.

Chciałam przestać być „dziewczynką od marketingu”

Była w tej decyzji również druga rzecz, chyba nawet ważniejsza.

Miałam potrzebę zmiany własnego wizerunku.

Przez lata funkcjonowałam w dużej mierze jako młoda dziewczyna, która zajmuje się marketingiem, prowadzi własną działalność i robi naprawdę dużo rzeczy sama. Ten wizerunek był prawdziwy, bo taka wtedy byłam, ale w pewnym momencie przestał być już zgodny z tym, kim się stawałam.

Nie chciałam dłużej być postrzegana jako freelancerka, która po prostu ma dużo klientów i jest bardzo pracowita. Chciałam zbudować markę, za którą stoi coś większego.

Nie chodziło mi o to, żeby schować się za nazwą agencji i przestać być widoczną. Wręcz przeciwnie. Chciałam nadal być obecna, nadal pracować z klientami, nadal zajmować się marketingiem i sprzedażą, nadal dzielić się wiedzą i doświadczeniem, ale jednocześnie chciałam, żeby klient, który przychodzi do LIMON, dostawał coś więcej niż tylko mnie.

To była jedna z najważniejszych decyzji biznesowych, jakie podjęłam.

I dzisiaj, z perspektywy kilku lat, wiem, że była bardzo dobra.

Nie chciałam budować biznesu, który kończy się razem ze mną

Mam wrażenie, że o marce osobistej mówi się dzisiaj bardzo dużo, ale czasami pomijamy jedną ważną rzecz: marka osobista może być fantastycznym narzędziem do budowania biznesu, ale może też stać się jego ograniczeniem.

Jeżeli wszystkie działania sprzedażowe prowadzą do jednej osoby, każdy klient chce rozmawiać właśnie z nią, każdy projekt musi przejść przez jej ręce, a każda decyzja wymaga jej akceptacji, to w pewnym momencie marka osobista zaczyna być nie tylko największym aktywem firmy, ale również jej największym ograniczeniem.

U mnie dokładnie tak było.

I dlatego nie chciałam budować firmy, której sprzedaż zależy wyłącznie od tego, ile ja jestem w stanie zrobić, ile spotkań odbyć i ilu klientom osobiście powiedzieć „tak”.

Chciałam zbudować coś, co będzie miało własną wartość.

LIMON miała być marką, a nie tylko nazwą mojego jednoosobowego biznesu.

I chyba właśnie wtedy zaczęłam naprawdę rozumieć, czym różni się bycie specjalistką od prowadzenia firmy.

Specjalistka odpowiada przede wszystkim za to, co sama potrafi zrobić. Właścicielka firmy musi również odpowiadać za to, co potrafi zbudować wokół siebie.

Największą zmianą nie było zatrudnienie ludzi

Kiedy dzisiaj myślę o tym, co najbardziej zmieniło mój sposób pracy, nie powiedziałabym, że było to samo stworzenie zespołu. Największą zmianą było nauczenie się zaufania.

To brzmi banalnie, ale w praktyce jest jedną z trudniejszych rzeczy w prowadzeniu firmy.

Kiedy przez kilka lat wszystko robisz sama, bardzo łatwo przyzwyczaić się do przekonania, że skoro coś jest zrobione przez Ciebie, to będzie zrobione dokładnie tak, jak chcesz. Znasz swoich klientów, znasz ich historię, pamiętasz, co powiedzieli pół roku temu, wiesz, dlaczego jedna rzecz została zmieniona w poprzedniej kampanii i dlaczego druga nigdy nie powinna pojawić się w komunikacji.

Oddanie tego komuś innemu wymaga zaufania. I zaakceptowania faktu, że ktoś może zrobić coś inaczej niż Ty i wcale nie oznacza to, że zrobi to gorzej.

Dzisiaj mam wokół siebie ludzi, którzy naprawdę znają się na swojej pracy. Są obszary, w których mają większe doświadczenie ode mnie i nie mam z tym najmniejszego problemu. Wręcz przeciwnie — uważam to za jeden z największych powodów do dumy.

Bo nigdy nie chciałam zbudować firmy, w której muszę być najlepsza we wszystkim.

Chciałam zbudować firmę, w której razem jesteśmy lepsi niż ja sama.

I to jest ogromna różnica.

Magda Lelicka podczas wspólnej pracy przy laptopie i tablecie na czarnej kanapie
Wspólna praca i zaufanie — firma może być czymś większym niż jedna osoba.

Sukcesem nie jest dla mnie firma, która nie może beze mnie funkcjonować

Przez długi czas w przedsiębiorczości imponowało mi coś zupełnie innego niż dzisiaj. Kiedyś łatwo było pomyśleć, że bardzo dobry właściciel firmy to taki, który wie wszystko, kontroluje wszystko, odpowiada na wiadomości o każdej porze i właściwie nigdy nie przestaje pracować. Sama przez długi czas funkcjonowałam w takim modelu i pewnie dlatego tak dobrze rozumiem, jak łatwo pomylić odpowiedzialność z ciągłą dostępnością.

Dzisiaj sukces mierzę trochę inaczej.

Jeżeli firma może działać wtedy, kiedy mnie nie ma przy każdym biurku, przy każdym mailu i przy każdej decyzji, to dla mnie jest to powód do dumy, a nie dowód na to, że jestem w niej mniej potrzebna.

Nie chcę być wąskim gardłem własnej firmy. Nie chcę, żeby każdy problem kończył się telefonem do mnie. Nie chcę, żeby rozwój LIMON zależał od tego, czy mam w danym tygodniu jeszcze trzy wolne godziny.

Chcę mieć firmę, która jest większa ode mnie.

I chyba dopiero teraz naprawdę widzę, że udało mi się zbudować jej fundamenty.

Dzięki temu ciąża nie jest dla mnie biznesową katastrofą

I tutaj dochodzimy do tego, co dzisiaj jest dla mnie szczególnie ważne.

Jestem w ciąży. Za kilka miesięcy zostanę mamą.

I oczywiście będzie to ogromna zmiana. Pewnie większa, niż jestem sobie w stanie teraz wyobrazić, bo można przeczytać sto książek, porozmawiać z setką kobiet i przygotować milion rzeczy, a potem i tak przychodzi moment, w którym życie po prostu zaczyna wyglądać inaczej.

Ale nie czuję, że muszę wybierać pomiędzy dzieckiem a firmą.

Nie dlatego, że zamierzam pracować dokładnie tyle samo co wcześniej. Właśnie nie. Po prostu kilka lat temu podjęłam decyzje, które dają mi dzisiaj dużo większą swobodę.

Mogę pracować z biura albo z domu, mogę część rzeczy zrobić rano, część później, mogę delegować, mogę nie być dostępna przez kilka godzin i mogę odrobinę zwolnić. Co najważniejsze, wiem, że w tym czasie firma nadal będzie funkcjonować.

To jest chyba jedna z największych wartości, jakie dało mi budowanie biznesu przez ostatnie lata. Nie tylko większe przychody, nie tylko większa liczba klientów i nie tylko zespół, ale przede wszystkim wolność wyboru.

Magda Lelicka w ciąży z mężem podczas sesji przy drewnianej ścianieCzarno-biały portret Magdy Lelickiej w ciąży z mężem, siedzących przy jasnym fotelu
Nowy rozdział życia, na który chcę zrobić miejsce.

Lubię pracować. Naprawdę.

Chcę to powiedzieć wyraźnie, bo mam wrażenie, że w rozmowie o macierzyństwie bardzo łatwo wpaść w kolejną pułapkę. Kiedy kobieta mówi, że chce pracować po urodzeniu dziecka, czasami musi się tłumaczyć, dlaczego. Kiedy mówi, że nie chce wracać do pracy, również potrafi usłyszeć pytania.

Ja nie chcę ani jednego, ani drugiego.

Lubię pracować. Naprawdę.

Lubię prowadzić firmę, rozmawiać z klientami, wymyślać strategie, obserwować rynek, analizować komunikację, sprzedawać, tworzyć nowe pomysły i patrzeć, jak coś, co jeszcze chwilę wcześniej było tylko zapisane w notatniku, zaczyna działać w rzeczywistości.

Praca jest dużą częścią mojego życia i nie widzę powodu, żeby udawać, że po zostaniu mamą nagle przestanie nią być.

Ale jednocześnie nie uważam, że każda kobieta powinna mieć takie samo podejście.

To, że ja lubię pracować, nie oznacza, że ktoś inny powinien. To, że chcę nadal rozwijać firmę, nie oznacza, że inna kobieta powinna wracać do pracy tak szybko, jak ja. To, że dla mnie ważne jest zachowanie własnej aktywności zawodowej, nie oznacza, że jest to jedyna właściwa droga.

Każda historia jest inna. Każda rodzina ma inne możliwości. Każda kobieta ma inne potrzeby.

I naprawdę chciałabym, żebyśmy trochę odpuściły sobie wzajemne ocenianie tego, jak powinno wyglądać życie po urodzeniu dziecka.

Ja po prostu wiem, jak chcę, żeby wyglądało moje.

Nie chcę przestać być sobą tylko dlatego, że zostanę mamą

Od dawna mam w sobie przekonanie, że macierzyństwo nie powinno oznaczać rezygnacji z siebie. Nie wiem jeszcze, jak dokładnie będzie wyglądało moje życie po narodzinach dziecka i mam świadomość, że wiele rzeczy pewnie mnie zaskoczy, ale wiem jedno: chciałabym, żeby moje dzieci kiedyś zobaczyły we mnie nie tylko mamę, ale również kobietę, która ma własne życie i własne zainteresowania.

Chcę, żeby naturalne było dla nich to, że mama może kochać swoją rodzinę i jednocześnie lubić swoją pracę. Że ma ludzi, z którymi chce się spotykać, że czasami wychodzi z domu sama, że ma swoje sprawy, plany i rzeczy, które sprawiają jej przyjemność. Nie chcę, żeby obraz mamy oznaczał dla nich kobietę, która po pojawieniu się dzieci całkowicie znika pod wszystkimi innymi rolami.

Nie dlatego, że uważam, że praca czy rozwój są ważniejsze od rodziny. Absolutnie nie. Chodzi mi raczej o to, że chciałabym pokazać im, że można kochać kogoś bardzo mocno i jednocześnie nie przestać być sobą.

Mam nadzieję, że kiedyś zobaczą we mnie kobietę, która potrafiła zbudować coś własnego, ale również potrafiła się zatrzymać, kiedy tego potrzebowała. Która miała ambicje, ale nie pozwoliła, żeby ambicje całkowicie zdominowały jej życie. Która potrafiła powiedzieć „nie”, zmienić zdanie, wybrać siebie, a czasami po prostu odpuścić.

To jest dla mnie ważniejsze niż jakiekolwiek udowadnianie, że potrafię pogodzić wszystko.

Bo nie chcę niczego udowadniać.

Chcę po prostu żyć po swojemu.

Magda Lelicka odpoczywa w jasnym fotelu z dłonią na ciążowym brzuchu — fotografia czarno-białaMagda Lelicka z mężem na jasnym fotelu podczas czarno-białej sesji ciążowej
Więcej spokoju i bliskości. Na moich zasadach.

Mam dzisiaj więcej spokoju niż kilka lat temu

Myślę, że ten spokój nie pojawił się przypadkiem.

Przyszedł razem z doświadczeniem.

Osiem lat prowadzenia firmy nauczyło mnie rzeczy, których nie nauczyłby mnie żaden kurs biznesowy. Nauczyło mnie, że nie każda okazja jest dobrą okazją, nie każdy klient jest klientem dla nas, nie każdą rzecz trzeba robić natychmiast i nie każdą decyzję trzeba podejmować samodzielnie.

Nauczyło mnie też, że czasami największym krokiem do przodu jest odpuszczenie czegoś, co jeszcze niedawno wydawało się absolutnie konieczne.

Mam dzisiaj mniej potrzeby, żeby wszystkim coś udowadniać. Nie muszę być najbardziej zapracowaną osobą w pokoju. Nie muszę pokazywać, ile rzeczy zrobiłam danego dnia. Nie muszę mieć poczucia winy, kiedy zamykam laptopa.

I chyba właśnie dlatego coraz bardziej lubię swoją pracę.

Bo wreszcie jest w niej więcej wyboru niż przymusu.

Być może właśnie na tym polega dorosłość

Kiedy byłam młodsza, wydawało mi się, że sukces będzie polegał na tym, że będę mogła robić coraz więcej.

Dzisiaj coraz częściej myślę, że sukces polega raczej na tym, że mogę wybierać, czego nie muszę robić.

Mogę nie przyjąć klienta, odmówić projektu, delegować zadania, pracować mniej, pracować z domu, spędzić popołudnie z rodziną albo pojechać na urlop i nie zabierać ze sobą całej firmy. Mogę powiedzieć, że czegoś nie wiem, zatrudnić kogoś, kto wie więcej ode mnie, i zrobić miejsce na nowe rzeczy.

I może właśnie dlatego ciąża pojawia się w moim życiu w bardzo dobrym momencie.

Nie dlatego, że jestem na nią idealnie przygotowana, bo oczywiście nie jestem. Tylko dlatego, że mam poczucie, że zbudowałam sobie życie, w którym jest na nią miejsce.

I chyba właśnie to najbardziej mnie dzisiaj cieszy

Nie mam poczucia, że muszę wybierać pomiędzy kolejnymi wersjami siebie.

Mogę być przedsiębiorczynią i mamą. Mogę być żoną i nadal być sobą. Mogę rozwijać LIMON i jednocześnie zwolnić. Mogę dbać o siebie, myśleć o swoim zdrowiu, wyglądzie, stylu i o tym, jak chcę wyglądać i czuć się w kolejnej dekadzie życia. Mogę szukać nowych pasji, nadal kochać swoją pracę i mieć ambicje, ale mogę też któregoś dnia powiedzieć: dzisiaj nic nie robię.

Coraz bardziej podoba mi się myśl, że życie nie jest konkursem, w którym musimy wybrać jedną rolę i wykonywać ją najlepiej ze wszystkich.

Możemy być kilkoma osobami naraz.

Możemy się zmieniać.

Możemy zmieniać zdanie.

Możemy przez jakiś czas chcieć więcej, a później potrzebować mniej.

Możemy budować firmę przez kilka lat bardzo intensywnie, a potem pozwolić sobie na trochę więcej spokoju.

I właśnie to chcę zrobić teraz.

Jestem po prostu w bardzo dobrym miejscu

Dzisiaj naprawdę czuję się dobrze.

Mam przy sobie męża, przyjaciół, ludzi, którym ufam, świetny zespół i klientów, którzy rozumieją, że po drugiej stronie każdej firmy jest człowiek, a życie czasami przynosi zmiany, których nie da się wpisać w kwartalny plan.

Mam LIMON, która jest dzisiaj czymś znacznie większym niż biznes oparty wyłącznie na mojej osobie.

Mam markę osobistą, która zaczyna być dla mnie miejscem, w którym mogę mówić własnym głosem i pokazywać nie tylko to, czym zajmuję się zawodowo, ale również to, kim jestem.

Mam przed sobą czterdziestkę, która coraz mniej kojarzy mi się z jakimkolwiek podsumowaniem, a coraz bardziej z początkiem kolejnego etapu.

I mam przed sobą dziecko, które za kilka miesięcy całkowicie zmieni moje życie.

Nie chcę udawać, że wiem, jak dokładnie będzie wyglądało. Pewnie będę czasami zmęczona. Pewnie nie wszystko uda mi się tak, jak zaplanowałam. Pewnie będą dni, kiedy będę miała poczucie, że nie ogarniam absolutnie niczego.

Ale dzisiaj, zanim to wszystko się wydarzy, chcę po prostu zatrzymać się na chwilę i docenić miejsce, w którym jestem.

Bo jest naprawdę dobre.

I chyba pierwszy raz od dawna nie mam potrzeby niczego na siłę poprawiać.

Chcę tylko dalej budować.

Trochę wolniej.

Trochę mądrzej.

Z większym spokojem.

I z przekonaniem, że nie muszę już wszystkiego robić sama.

Bo może właśnie na tym polegała największa zmiana, jaką przeszłam przez ostatnie lata.

Kiedyś chciałam udowodnić, że dam radę.

Dzisiaj bardziej interesuje mnie to, co mogę zbudować, kiedy nie muszę już robić wszystkiego własnymi rękami.

I chyba jestem z tego naprawdę dumna.

Nie z tego, że jestem niezastąpiona.

Tylko z tego, że udało mi się zbudować coś, co może działać również wtedy, kiedy ja przez chwilę zajmuję się czymś innym.

A teraz tym „czymś innym” będzie jedna z najważniejszych ról mojego życia.

I bardzo się na nią cieszę.

.M